WEGANIZM.com
– wszystko o weganizmie

RYBY

 

W ciągu ostatnich 50 lat ludzie przyczynili się, bezpośrednio i pośrednio, do wyginięcia 90% populacji większych ryb, w tym tuńczyków, łososi, płaszczek. W sieci rybackie łapane są nie tylko ryby, ale i inne zwierzęta, które są stają się ofiarami połowów komercyjnych, m. in. kałamarnice, delfiny, małe wieloryby, żółwie morskie, foki, płaszczki i rekiny. Wszystkie z siedmiu istniejących obecnie gatunków żółwi morskich, uważane są za zagrożone...

Dzisiaj mamy już ponad 400 tzw. martwych stref, będących konsekwencją nadmiernych połowów oraz zanieczyszczeń spływających głównie z terenów, na których hoduje się zwierzęta na potrzeby przemysłu mięsnego i mlecznego. Rośnie kwasowość oceanów, i tylko 4% wszystkich oceanów nie zostało jeszcze zanieczyszczonych przez człowieka.
Metody poławiania i zabijania ryb wiążą się z dużym okrucieństwem i mają dewastujący wpływ na środowisko morskie.

Trawlery – specjalne statki rybackie ciągną za sobą sieci, których szerokość może dochodzić do 70 m. Wierzchołek tych sieci unosi się na powierzchni wody, a wzdłuż dolnej krawędzi umocowane są specjalne łańcuchy. Sieci ważące tysiące kilogramów miażdżą wszystko, co spotkają na swej drodze, również dno, niszcząc wszelkie życie morskie, jakie znalazło się na ich drodze.

wybierz weganizmKiedy ryba znajdzie się w okolicach sieci, zostaje ściągnięta do dołu za pomocą specjalnego rękawa. Pierwsze złapane ryby są ciągnięte w sieci przez godziny i zdychają zgniecione ciężarem następnych złowionych ryb, ich skrzela nie są w stanie pobrać z wody potrzebnego im do życia tlenu. Następnie, gdy ryby są ciągnięte w sieci do góry w kierunku powierzchni, różnica ciśnień może spowodować, że ich oczy wybałuszają się i pęcznieją lub ich pęcherze pławne rozrywają się na kawałki.

W przypadku, gdy w grę wchodzą limity połowowe częstym zwyczajem jest wyrzucanie złowionych wcześniej ryb niechcianego gatunku do oceanu, a pozostawianie tylko tych, na które limit nie został przekroczony. Zwykle żadnej z wyrzuconych ryb nie udaje się przeżyć.
Niektóre badania wykazują, że ilość ryb wyrzucanych z powrotem do oceanu wynosi nie mniej niż 30% wszystkich poławianych ryb. Odławiane z dna skorupiaki, małże i inne stworzenia morskie wyciągane są z sieci martwe lub umierające.

W niektórych regionach ryby są uśmiercane przy pomocy dynamitu lub substancji trujących.
Jedną z najbardziej destrukcyjnych metod jest metoda dryfujących sieci, rozciągających się nawet na 50 m. Sieci z nylonu niosą śmierć nie tylko rybom, ale i delfinom, małym wielorybom, żółwiom morskim, fokom, rozgwiazdom, płaszczkom, rekinom itd.
Okrutną formą połowu jest tzw. "finning", stosowany w krajach azjatyckich. Mięso rekinów ma nieprzyjemny posmak amoniaku, lecz odkryto, że płetwy rekina go nie mają. Łapie się więc rekiny, wyciąga na pokład statku, obcina wszystkie płetwy nożem, po czym wrzuca się rekiny do morza, gdzie godzinami konają z bólu i wycieńczenia. Taki los spotyka około 100 mln rekinów rocznie. Liczba rekinów zmniejszyła się niemal o połowę w ciągu ostatnich kilkunastu lat.

Wiele z odławianych ryb to osobniki młode, które jeszcze nie osiągnęły okresu rozrodczego, co potęguje zagładę wielu gatunków.

Pozornym rozwiązaniem dla nadmiernych połowów ryb było założenie sztucznych hodowli ryb. Jednak intensywne metody hodowli są również destrukcyjne. Ryby zamknięte w kontenerach z metalowej siatki przebywają w nadmiernym zagęszczeniu. Dno morskie i przyległe tereny ulegają całkowitemu zniszczeniu. Odchody i szczątki nie skonsumowanego pożywienia tworzą muł i szlam, na których rozwijają się różnego rodzaju glony. Dieta ryb składa się z odpadków pochodzących z rzeźni, a także z innych ryb łowionych w tym celu. Hodowle ryb powodują niszczenie lasów namorzynowych, które zabezpieczają ląd przed powodziami, hamują erozję gleb, i stanoiwą schronienie dla fauny i flory. Gwałtowna destrukcja ekosystemu morskiego postępuje w zatrważającym tempie. Co kilka lat, kiedy środowisko wokół ferm rybnych zostaje zrujnowane, przenosi się je w inne miejsca.

Ryby uśmierca się uderzeniem deski, rozcinaniem w okolicach skrzeli, aby wykrwawiły się na śmierć, a także zanurzaniem w kontenerach z pokruszonym lodem, gdzie giną powoli wskutek uduszenia.

Sytuacja mórz i oceanów jest coraz gorsza i można oczekiwać powolnego z niszczenia całego morskiego ekosystemu. Spośród 80 przebadanych gatunków zwierząt morskich, 91% ich populacji jest coraz mniejsza, 31 % należy do gatunków zagrożonych, a 7% wymarło.

Życie morskie może się zacząć odradzać, jeśli ludzie zaprzestaną połowów ryb.

 

Poniższe informacje pochodzą z książki Juliet Gellatley pt. „Milcząca Arka":  

Niszczenie oceanów to przykład postępu zmierzającego do destrukcji stworzeń i ekosystemów.
W marcu 1994 roku Organizacja Narodów Zjednoczonych do Spraw Wyżywienia i Rolnictwa (UNFAO) wydała pismo „Stan świata - rybołówstwo i gospodarka morska", w którym stwierdzono, że z siedemnastu głównych basenów rybołówstwa światowego dziewięć przejawiało katastrofalne w skutkach zmniejszenie populacji niektórych gatunków, podczas gdy pozostałe były eksploatowane do granic wytrzymałości.
Główną przyczyną problemu jest przede wszystkim odławianie zbyt dużej liczby ryb, choć ich zasób jest również zagrożony ze strony zatrucia, jakie niesie przemysł i rolnictwo, turystyka, rozwój ferm hodowlanych i postępujące skażenie całego ekosystemu mórz przez chemikalia, w tym metale ciężkie i PCB (wielochlorowane bifenyle).
W latach pięćdziesiątych oficjalne połowy ryb na całym świecie sięgały 22 milionów ton. Do roku 1989 liczba ta wzrosła do 100 milionów ton. Przez następne trzy lata spadła do liczby 97 milionów ton mimo olbrzymich inwestycji, nowych statków, drogiego systemu nawigacji satelitarnej i detektorów ławic, a także kupna praw do korzystania z wód przybrzeżnych krajów rozwijających się. Ta degradacja niesie ze sobą ostrzeżenie, którego nikt nie dostrzega - morza nie można dłużej tak eksploatować.
Pojawiały się do tej pory liczne ostrzeżenia, ale nie da się kontrolować międzynarodowego rybołówstwa, które popada w stan anarchii. Kiedy wprowadzono ograniczenia dotyczące jakiegoś gatunku, odbijało się to negatywnie na innych. Dawniej na północno-wschodnim wybrzeżu Anglii żyły ogromne ławice śledzi. W latach pięćdziesiątych zauważono pierwsze oznaki zmniejszania się ich populacji, ale nadal trwało niekontrolowane odławianie. W roku 1978 zdecydowano się zatrzymać ten proces, ale do tej pory ławice zostały całkowicie zniszczone. Dopiero teraz śledzie ze wschodniego wybrzeża pojawiły się ponownie. Nie można jednak wiecznie liczyć na zdolność natury do regeneracji.
Ryby trafiają do fabryk nawozu rybnego lub innych przedsiębiorstw wykorzystujących produkty rybne, takie jak oleje, karma dla ryb hodowlanych i innych zwierząt, a także tłuszcz do wyrobu świec. Aż 50% ryb złapanych w północnej hemisferze nie trafia na czyjś talerz, tylko do pudełka pasty do butów. Niektóre gatunki, takie jak węgorz piaskowy i ryby pokrewne dorszowi, odławiane są jedynie w tych celach.
Dorsze łowi się, stosując w tym celu sieci przypominające kształtem olbrzymią skarpetę, której wlot może osiągać nawet 70 metrów szerokości. Część przednia jest otwarta, wyposażona w urządzenia wypornościowe, a przy dnie umocowane są łańcuchy, które mają wypłaszać ryby z kryjówek wprost do otworu rękawa. Po każdej stronie otworu znajdują się wielkie, obite metalem drewniane deski, które ustawiono pod takim kątem, by, ciągnięte po dnie, w naturalny sposób otwierały wejście do sieci. Niekiedy ważą po kilka ton i niszczą wszystko, co napotkają na swej drodze. Efektywnie orzą dno oceanu na głębokość kilku centymetrów niszcząc tym samym wszystkie żywe organizmy, jakie staną im na drodze. Każdego dnia tysiące takich urządzeń przesuwa się wzdłuż i wszerz okręgów wyznaczonych do połowu. Ma to wpływ na tysiące innych stworzeń wchodzących w skład czegoś, co kiedyś było zrównoważonym ekosystemem.
Na całym świecie toczą się spory o korzystanie z poszczególnych pasów morza. Klasycznym elementem przetargowym jest dyskusja na temat złóż, która powoli obejmuje całą kulę ziemską.
Metoda połowu jest wszakże identyczna - różnica polega na skali przedsięwzięcia. Po „wystrzeleniu" (opuszczeniu) desek i sieci, o tym, co dzieje się na dnie morza przypominają jedynie cumy z naprężonego drutu, które ciągną sieć za wolno poruszającym się statkiem. Stałym elementem jest zapach oleju napędowego i zgniłych ryb.
Kiedy ryby wpłyną do sieci, pchane są dalej, w głąb wąskiego rękawa zwanego „końcem dorsza". Te, które zostaną złowione na początku, ciągnięte są w ten sposób godzinami, co może powodować ich „utopienie" - w tłoku, gdzie leżą na nich inne ryby, skrzela nie są w stanie pobierać tlenu z wody. Są ciągnięte przez setki metrów wody, różnica ciśnień może spowodować wysadzenie gałek ocznych lub pękanie pęcherzy pławnych.
Działająca przy Radzie Europejskiej Wspólnota Finansowa Pacyfiku korzystając z doświadczenia Międzynarodowej Rady Badań Morza wprowadziła „normy rybne”. Obecnie znane są pod nazwą „połowów dozwolonych". W ten sposób rybacy informowani są o tym, ile ryb danego gatunku mogą odłowić. Kiedy wyczerpią limit na jeden rodzaj, wolno im łowić inne gatunki. Bywa jednak tak, że różne gatunki ryb pływają razem, tak jak dorsze i łupacze. Kiedy norma łupacza zostaje wyczerpana, nadal jest on odławiany razem z dorszami. W prasie i telewizji pojawiały się liczne informacje na temat trawlerów z ukrytymi lukami, gdzie chowano nielegalnie złowione ryby, najczęściej jednak wyrzuca się je z powrotem do morza. Niestety żadna z tych ryb nie przeżyje. Oficjalna, określona przez Radę Europejską, liczba wyrzucanych łupaczy wynosi 40% złowionych ryb. Inni szacują tę liczbę na 60%.
Ryby, które jeszcze żyją w momencie ponownego wyrzucenia do morza, przedstawiają smutny widok. Tworzą srebrny kilwater za statkiem, spazmatycznie bijąc ogonami i usiłując zanurkować tylko po to, by po chwili znowu wypłynąć na powierzchnię. Nad nimi kłębią się mewy łakome na łatwy kąsek. Niektórzy badacze liczbę ryb wyrzucanych ponownie do morza szacują na 30%. Wraz ze śmieciami, z sieci wyrzucane są różne gatunki pełzających lub pływających mieszkańców morza, które tworzą złożony ekosystem dna morskiego. One również są martwe albo konające.
Ryby mają złożony system nerwowy, którego część odpowiada za wysyłanie sygnałów o bólu do mózgu. To część mechanizmu samozachowawczego, dzięki któremu ryby mogły ewoluować.
Północne wody są już całkowicie wyeksploatowane, ponad 40% sprzedaży ryb w Europie to gatunki „egzotyczne".
Na otwartym morzu, gdzie nie trzeba mieć żadnego pozwolenia, odbywa się całkowicie niekontrolowany połów, gdzie nie ma ograniczeń co do wielkości sieci i rozmiaru odławianych ryb. Dochodzi nawet do stosowania dynamitu i trucizny. Pojawiła się nowa, doskonała metoda niszczenia wodnych ekosystemów zwana „połowami biomasowymi" - sieci o najmniejszych oczkach zbierają z dna wszelkie żywe stworzenia.
Jedną z najbardziej niszczących metod połowu jest dryfująca sieć. Uszyta z cienkiego, ale mocnego włókna nylonowego rozciąga się w dół tworząc „ścianę śmierci" osiągającą nawet 50 km długości. Łapią się w nią tuńczyki, łososie i kałamarnice, a także delfiny, małe wieloryby, żółwie, foki i rekiny. Tradycyjnie była to metoda stosowana przez Japończyków i Tajwańczyków na Pacyfiku, ale obecnie stosuje się ją na Atlantyku. Przejęli ją również europejscy rybacy poszukujący nowych gatunków do połowów. Sieci te powodują śmierć co najmniej miliona małych wielorybów i delfinów rocznie,
Kolejną, najokrutniejszą i coraz popularniejszą metodą połowu, jest łowienie „płetw" prowadzone przez niektóre kraje azjatyckie. Dotychczas rekinom udawało się uniknąć śmierci ze względu na smak amoniaku, jaki wydziela ich mięso. Niestety ich płetwy pozbawione są tej ochrony. Obecnie odławia się je w wielkiej ilości - Liga Ochrony Rekinów liczbę tę szacuje na 100 milionów rocznie - i zabija by zdobyć mięso na zupę z rekina. Wyciąga się je z wody, odcina płetwy i wyrzuca z powrotem, by zmarły na skutek szoku lub utonęły.
Kiedy niszczy się całkowicie niektóre gatunki zwierząt, inne, uzależnione od nich, zaczynają głodować. W 1994 r. roku na wybrzeżu Szetlandów padło z głodu ponad 30 000 ptaków morskich, i po raz pierwszy zanotowano wypadki zaatakowania fok przez delfiny. Zwierzęta są tak głodne, że atakują inne ssaki, z którymi przez miliony lat żyły w całkowitej harmonii.
W miarę zmniejszania się liczby ryb, przemysł rybny coraz głośniej domagał się zlikwidowania „przyczyny" takiego stanu rzeczy. W roku 1991 Rosjanie odstrzelili 51 000 fok w celu „ochrony" terenów rybackich, a w Wielkiej Brytanii słyszy się głosy domagające się tego samego. W roku 1995 rząd kanadyjski usankcjonował wymordowanie 250 000 fok ze względu na rzekome niszczenie zasobu ryb.
W tym samym czasie nadal trwają połowy ryb na skalę przemysłową. W Morzu Północnym jedynie jedna trzecia dorszy i łupaczy żyje ponad 12 miesięcy. Ryby, które w normalnych warunkach żyłyby 10 lat, zostają odławiane zanim zdążą się rozmnożyć.
Praktyka odławiania niedojrzałych ryb sprawiła, że raje zniknęły w ogóle z Morza Irlandzkiego. Ich długowieczność sięgająca ponad 70 lat i późno osiągana dojrzałość stały się przyczyną wyginięcia gatunku.
W czerwcu 1995 roku Międzynarodowa Rada Eksploatacji Mórz zabrała głos na Konferencji Ochrony Morza Północnego zwołanej w Danii. MREM ogłosiła, że bujne niegdyś ławice makreli znikły obecnie prawie całkowicie (jest ich zbyt mało, by je odławiać), i jeśli nie zostaną podjęte natychmiastowe kroki, na przestrzeni kilku najbliższych lat całkowicie wyginie dorsz (przestanie istnieć jako gatunek).
Duńskie i niemieckie opracowania donoszą, że w wyniku składowania odpadów płynnych, metali ciężkich, pestycydów i PCB, głównie w wodach północnych, około 40% płaszczek pokrytych jest rakowatymi naroślami, wrzodami i zmianami skórnymi. Badania wykazały także, że PCB - jedna z najbardziej toksycznych substancji, rozprowadzana jest w łańcuchu pokarmowym poczynając właśnie od wód oceanicznych. Podobno substancja ta znajduje się w tkance tłuszczowej każdej żywej istoty zamieszkującej oceany. PCB atakuje system immunologiczny organizmu i umożliwia rozwój takich chorób jak rak.
Inne badania przeprowadzone przez Greenpeace dowodzą, ze prawie jedna trzecia ikry składanej przez ryby w Morzu Północnym ma nieodpowiedni kształt i wykazuje deformacje genetyczne.
 Odpowiedzią na problem nadmiernej eksploatacji mórz jest uprawa wodna - farmy rybne. Te zintensyfikowane metody produkcyjne są w nie mniejszym stopniu niszczące niż gwałt zadawany dzikiej naturze, na przykład w trakcie połowów ryb.
Jedną z pierwszych odmian ryb, jakie wprowadzono do hodowli, był łosoś - ryba słynąca z niebywałych wprost migracji z oceanu do strumieni i z powrotem, tak zdeterminowana, że zdolna do skoków z wodospadów lub płynięcia pod prąd. Losoś został pozbawiony tego zadziwiającego instynktu i umieszczony  w wykonanych z siatki kontenerach.
Duży tłok sprawia, że ryby, podobnie jak ludzie, stają się mniej odporne na choroby. Ryby hodowlane cierpią na morski liszaj, który rozprzestrzenia się zakażając także dzikie ryby. W niektórych rejonach ławice dzikich morskich pstrągów zmniejszyły się o 80% z tej przyczyny. Toksyczne pestycydy, takie jak dichlorvos, stosowane do walki z liszajem, znajdują się na „czerwonej liście" 24 najbardziej toksycznych substancji stosowanych w Anglii, wg danych opublikowanych przez Brytyjski Departament do Spraw Środowiska. Środek ten działa w rozcieńczeniu 0,1 części na milion i skutecznie likwiduje skorupiaki i mięczaki. Powoduje kataraktę u ryb hodowlanych. Niestety 55% dzikich łososi także cierpi już na to schorzenie. Niedowidzący lub ślepy łosoś nie poradzi sobie zbyt dobrze w swej niebezpiecznej podróży.
Oczywiście liszaj po jakimś czasie uodpornił się na dichlorvos i hodowcy łososia przestawili się na inny środek chemiczny - invermectin, którego efekty uboczne nie są jeszcze znane.
Dno morza pod klatkami z rybami hodowlanymi i otaczająca je okolica to dosłownie czarne punkty na mapie oceanów. Odchody i resztki pokarmu tworzą szlam, na którym rosną algi. Daje to w rezultacie toksyczne wykwity. Trzeba więc regularnie przenosić klatki z miejsca na miejsce i tym samym rozprzestrzeniać skażenie.
Przerażająca jest dieta ryb hodowlanych - składa się ona z karmy wyprodukowanej z odpadów z rzeźni, a także z ryb łapanych specjalnie w tym celu.
W Wielkiej Brytanii zabija się ponad 50 milionów ryb rocznie. Niektóre ryby uderza się w głowę drewnianym kołkiem zwanym „księdzem" - zarówno słowo, jak i metodę zapożyczono od rybaków wędkujących dla sportu. Innym podcina się skrzela, by wykrwawiły się na śmierć. Coraz częściej wpuszcza się też ryby do kontenera wypełnionego wodą nasyconą dwutlenkiem węgla. Jedną z najpopularniejszych metod jest wyciągnięcie łososia z wody i natychmiastowe zanurzenie go w pokruszonym lodzie, w którym ryba ulega powolnemu uduszeniu. Jest to najwidoczniej najlepszy sposób na zachowanie świeżego mięsa. Jednocześnie metoda ta przedłuża świadomość, stres i cierpienie ryby.
Wydział Naukowy ds. Mięsa przy Uniwersytecie w Bristolu przeprowadził badania, które wykazały, że ryby często zdają sobie sprawę z tego, co się z nimi dzieje, kiedy leżą ogłuszone po zastosowaniu jednej z wymienionych metod.
Uprawy wodne na całym świecie dostarczają drogich gatunków, takich jak krewetki, łososie, pstrągi, za które ludzie są skłonni zapłacić dużo pieniędzy. Wybrzeża, gdzie zakłada się hodowle tych gatunków, to najczęściej bagna mangrowe postrzegane jako bezużyteczne, acz żyzne tereny do eksploatacji. W rzeczywistości rejony te stanowią najważniejszą część środowiska naturalnego oceanów. Dziewięćdziesiąt procent stworzeń morskich, w tym krewetki, ponad 2 000 gatunków ryb, mięczaki i rośliny bazują na zaskakującej różnorodności mangrowców. Mangrowce zapobiegają powodziom, powstrzymują erozję, tu rodzi się życie oceanu. Obecnie niszczone są szybciej niż ktokolwiek mógłby przewidzieć. Indonezja, Filipiny, Malezja, Tajlandia, Ekwador, Panama - gdziekolwiek spojrzymy postępuje zniszczenie. Od roku 1960 znajdujące się pod linią tropików regiony świata straciły 70% lasów mangrowych, w dużej mierze na rzecz ferm rybnych. Po kilku latach fermy te trzeba przenosić w inne miejsce, a pozostaje po nich jedynie spustoszenie.

Jak gdyby tego nie było dość, coraz mniejsza zawartość ozonu w atmosferze również może mieć dramatyczny wpływ na życie w oceanach. Utrata ozonu to jedna z najpoważniejszych klęsk środowiska naturalnego - dziura ozonowa nad Antarktydą, druga nad Arktyką i pomniejsze w innych rejonach.
Problem polega na większej ilości promieni ultrafioletowych, które docierają na powierzchnię ziemi. Wiadomo, że zwiększenie promieniowania ultrafioletowego o 10 procent może zabić narybek sardeli znajdujący się na głębokości do jednego metra, a podczas niektórych okresów w roku liczba ta osiąga już 40 procent. Prawdziwy problem polega na tym, że promienie ultrafioletowe nie tylko wybiją narybek, ale również zaatakują i zniszczą plankton - pastwiska oceaniczne, bazę żywieniową dla całego łańcucha pokarmowego i producenta 80 procent tlenu na Ziemi.
Olbrzymia skala hodowli zwierząt rzeźnych ma pokaźny wkład w tę degradację. Emisja metanu zarówno podczas hodowli bydła jak i produkcji paszy z zastosowaniem nawozów sztucznych, zawierających tlenek azotu, powoduje powstawanie chemikaliów niszczących warstwę ozonową.